W niedzielę 17 marca miał imieniny. Na życzenia odpisał dwoma ikonkami: serca i złożonych do modlitwy rąk. A gdy dopytałem: jak się ma, zamieścił jeszcze raz ikonę modlitwy. Kiedy w środę odebrałem telefon o nagłej śmierci Zbyszka, była to wieść niczym grom z jasnego nieba.

Spotkaliśmy się pierwszy raz we Florynce w lipcu 1980 r. na rozpoczęciu postulatu. Pochodził z tarnowskiej diecezji z niewielkiej wsi Ujście Jezuickie, gdzie Dunajec, który także płynie przez Nowy Sącz, w jego miejscowości łączy się z Wisłą. Parafialny kościół pw. Wniebowzięcia NMP miał w pobliskim Gręboszowie, skąd pochodził mjr Henryk Sucharski, dowódca z Westerplatte. Tutaj ochrzcił go 12 października 1959 r. wujek – ks. Józef. Gdy w czasie prymicji Zbyszka wspominał ten fakt, dodał, że podeszli z rodzicami do ołtarza Serca Jezusa i tam ofiarował nowo ochrzczonego.

Po podstawówce poszedł do Technikum Elektrycznego w Tarnowie i jakiś czas pracował w zawodzie w Nowej Hucie, gdzie miał rodzinę, a nieżyjący już wujek dr Jan Deszcz był cenionym ordynatorem chirurgii w Szpitalu im. Stefana Żeromskiego, wychowawcą pokolenia traumatologów i ortopedów oraz należał do grupy lekarzy, których duszpasterzem był kard. Karol Wojtyła. Z kolei kuzynka dr Maria Szczawińska jest w Krakowie ginekologiem i znanym w środowisku i na antenie Radia Maryja obrońcą prawa do życia nienarodzonych. Podkreśla, że Zbyszek również zainteresował się tą kwestią, a za temat pracy magisterskiej z teologii moralnej wybrał właśnie zagadnienie ochrony nienarodzonych dzieci.

„Zbyszek bardzo mnie wspierał w tej dziedzinie, bo jako młody lekarz działałam na rzecz obrony życia z doktor Wandą Półtawską i miałam wykłady dla narzeczonych u Dominikanów. Odwiedzałam z wykładami różne klasztory, byłam również w Stadnikach” – wspomina dr Szczawińska.

Oprócz lekarzy w rodzinie miał dwóch księży wujków: ks. Józef Obartuch był salezjaninem, natomiast ks. Zygmunt Obartuch pracował ofiarnie na w Białorusi, budując i remontując świątynie w sześciu parafiach. Zbyszek zgłosił się jednak w 1980 r. do sercanów w Krakowie, a adres – jak mówił - znalazł w książce telefonicznej.

Dwa lata wcześniej tragicznie zginął jego ojciec, co pozostawiło w nim głęboki ślad, o czym przypomniał mi kolega rocznikowy ks. Józef Furczoń, który mieszkał z nim w seminarium. Z młodzieńczym buntem wobec utraty bliskiej osoby uporał się po pierwszej pielgrzymce papieża Jana Pawła II do Polski. Wybór Kardynała z Krakowa na Stolicę Piotrową był poniekąd momentem zwrotnym w jego życiu. Zauroczony jego osobą odkrył własne powołanie i zdecydował o wstąpieniu na drogę do kapłaństwa w życiu zakonnym.

Od pierwszych dni naszej wspólnej zakonnej drogi w postulacie ujmował swoją dobrocią, spokojem, ale i odwagą oraz determinacją w docieraniu do wyznaczonych celów i ideałów. W modlitwie, w wypełnianiu różnych posług oraz w nauce zawsze był solidny. Nadawał pewien ton naszemu życiu” – wspomina ks. Tadeusz Michałek.

Podobne spostrzeżenia z okresu postulatu i nowicjatu ma ks. Jan Podobiński, który mówi, że zapamięta go jako człowieka skromnego, braterskiego i wiernego zasadom nauki Kościoła, a szczególnie zachwycony tym, kim był i co głosił Jan Paweł II.

„Zbyszek był skrytą osobą i powoli dzielił się swą prywatnością, natomiast był bardzo ambitny i zaradny. Szybko został w seminarium ministrem. Natomiast jego pięta achillesową był śpiew. Zdawał sobie z tego sprawę, więc uparcie ćwiczył z pomocą pianina i z wielką radością zaliczył Exultet” – wspomina z kolei ks. Marek Przybyś, były prowincjał sercanów w RPA.

Zarówno on, jak inni koledzy rocznikowi nieco dziwili się, że Zbyszek ma zamiar zaraz po święceniach, które przyjął w kościele stadnickim 16 czerwca 1987 r., udać się na misje do ówczesnego Zairu, gdzie śpiew to codzienność nie tylko w czasie nabożeństw w kościele.

„Zbyszek miał ogromne pragnienie ewangelizacji. Zawsze chciał jechać na misje. Był zdecydowany w swym postanowieniu i wyjechał do dzisiejszego Konga w niecałe dwa lata po święceniach w 1989 roku” – mówi kolega rocznikowy ks. Józef Furczoń, dodając, że przed wyjazdem uczył się języka francuskiego w Instytucie Katolickim w Paryżu.

Najpierw pracował w stolicy kraju w Kinszasie, potem w Yangambi. Gdy w miarę opanował miejscowy język został proboszczem w zamieszkałej przez 20 tys. osób parafii św. Gabriela położonej nieopodal Kisangani. To tutaj przybyli pierwsi sercanie na czele z o. Gabrielem Grison.

Kiedy w 1997 r. przypadała 100. rocznica ewangelizacji Górnego Zairu Zbyszek opowiadał mi o swej parafii, która obejmowała ponad 20 wiosek w buszu i które odwiedzał przynajmniej raz w miesiącu. Spotykał się z opiekunami kaplic, katechistami, poznawał problemy ludzi, udzielał sakramentów, a wieczorem siadał z nimi przy ognisku. I dziwił się skąd w nich tyle optymizmu. Głodni, bez prądu i opieki medycznej, okradani, bezradni wobec panującej w tym czasie wojnie domowej, a jednak pełni nadziei.

„Nie wszyscy misjonarze przeszli przez busz i pigmejów, gdzie bieda i choroby były na każdym miejscu. Można powiedzieć, że był na pierwszej linii frontu misji, co było spełnieniem jego marzeń, ale też słono kosztowało. Afrykę szczerze pokochał i pozostał jej wierny do końca” – podkreśla ks. Przybyś. A ks. Michałek dopowiada, że był bardzo oddany pracy w Zairze, gdzie w czasie konfliktu trwającego z przerwami od 1994 r. dochodziło do napadów na placówki misyjne, m.in. na dom prowincjalny i parafie prowadzone przez sercanów. Wielu misjonarzy musiało się ukrywać w buszu przed żołnierzami i różnej maści buntownikami, a stres i obawa o życie były uzasadnione. Z powodu chaosu w kraju nie mógł też normalnie przebiegać synod diecezjalny, jaki odbywał się w jego parafii, zaplanowany w związku z obchodami stulecia ewangelizacji.

„Bardzo lubił parafię świętego Gabriela, a na pamiątkę założyciela misji ojca Grison, zapuścił długą brodę. Ludzie go bardzo cenili, bo dostrzegali, że jest z nimi i dla nich” – opowiada ks. Zbigniew Kierpiec, który pracował w Zairze w tym samym czasie, tylko na innej placówce. Zauważa też, że czas okupacji rwandyjsko-ugandyjskiej Zairu trwający kilka lat skutkował nie tylko wieloma ofiarami wśród cywilów, ale także był niebezpieczny dla misjonarzy.

„W Zairze trochę się nacierpiał. Kiedy wracał z buszu ubywało go na wadze kilka kilogramów. Przechodził malarie. Miał też wypadek na motorze, łamiąc nogę. Mocno przeżył wojnę domową, nie spał całe noce. Ale mimo to bardzo kochał swą prace i ludzi, którym służył. Mówił, że nie może bez nich żyć” – wyznaje dr Szczawińska.

Po kilkunastu latach pracy misyjnej osiadł we Francji, gdzie niebawem w podparyskiej miejscowości La Courneuve został proboszczem. Polubił tą parafię, bowiem mieszkała tam spora wspólnota zairska. A że był bardzo bezpośredni szybko zjednał sobie wiernych, których chrzcił jako już dorosłych, przygotowywał do I Komunii św., błogosławił małżeństwa, a przede wszystkich katechizował i szerzył kult Eucharystii organizując nawet nocne adoracje w duchu przykładu o. Jana Leona Dehona.

„W tej parafii wprowadził także nabożeństwo do Matki Bożej, umieszczając w kościele figurę Maryi. Wierni to dobrze przyjęli, ale nie wszystkim to się podobało. Miał swoistą mądrość. Często powtarzał, że wszystko w Kościele zmienia się małymi krokami” –mówi kuzynka Maria, dodając, że z własnej inicjatywy pomagał w spowiedzi w Bazylice Sacre Coeur w Paryżu.

Duchowość Serca Jezusa, nabożeństwo do Maryi oraz dzieło Założyciela sercanów propagował wszędzie: w ojczyźnie o. Dehona, ale także w innych krajach dokąd docierał zazwyczaj ze swymi francuskimi przyjaciółmi. I niemal zawsze podróżował w sandałach. Pewnego razu przybył do Glisnego i zostawił relikwie Założyciela. Był nawet w Moskwie.

W rozmowie wyczuwało się, że po Zairze szukał swego miejsca, gdzie mógłby dalej przepowiadać Ewangelię o miłości Serca Jezusowego, mówić o pięknym i aktualnym w każdym czasie dziele o. Dehona, proponować ludziom włączenie się w rodzinę dehoniańską. Po rozstaniu się z podparyską parafią próbował coś zrobić w malowniczo położonym Tende w Alpach Nadmorskich, niedaleko Nicei. Miał tu do obsługi kilka kościołów. Na 25-lecie kapłaństwa ugościł nas w tej uroczej miejscowości.

Potem trafił do Brukseli i pracował na pół etatu w parafii i w szpitalu. Przy znajdującym się w centrum miasta kościele włączył się w akcje pomocowe dla emigrantów, głównie muzułmanów. Wydawał im odzież, jedzenie, przygotowywał kanapki.

„Był wrażliwy na ludzki los. Gdy tylko usłyszał o kimś w potrzebie starał się pomóc. Pamiętam jak chorej na raka kobiecie przywiózł łóżko szpitalne” – opowiada ks. Paweł Słowik, który mieszkał z nim w domu brukselskim i dodaje, że po przeniesieniu szpitala Zbyszek pracował w Domu Pomocy Społecznej na oddziale rehabilitacji i geriatrii.

Od jakiegoś czasu należał do Rycerskiego i Szpitalnego Zakonu św. Łazarza (lazaryści), jednej z najstarszych chrześcijańskich instytucji szpitalnych. Jego wujek dr Jan Deszcz był szefem Polskiej Delegatury zakonu i jej Wielkim Przeorem. Miał duży wkład w powstałe w Krakowie Hospicjum św. Łazarza.

Jako rocznikowi koledzy wiedzieliśmy, że Zbyszek miał kilka idee fixe i dlatego otrzymał przydomek - „Fixik”. Owe idee skupiały się na osobie Ojca św. Jana Pawła II, którego był wielkim czcicielem; następnie miał ogromy zapał ewangelizacji, głoszenia wszędzie nabożeństwa do Bożego Serca i Maryi, a także charyzmatu Założyciela sercanów. A trzecią jego pasją było opowiadanie o francuskim lekarzu i genetyku prof. Jerome Lejeune, nieugiętym obrońcy praw do życia nienarodzonych i osób z zespołem Downa, członkiem Papieskiej Akademii Nauk i Akademii Życia, którego trwa proces beatyfikacyjny. W 1997 r. w czasie Światowych Dni Młodzieży papież, mimo wielu protestów i pomijając protokół wizyty, nawiedził grób swego przyjaciela.

Przy jego mogile modlił się także kard. Stanisław Nagy, a na cmentarz w Chalô-Saint-Mars zawiózł go właśnie Zbyszek, który był urzeczony osiągnięciami naukowymi prof. Lejeune (był kandydatem do nagrody Nobla), a przede wszystkim jego niezłomną postawą wobec aborcji.

Na prymicyjnym obrazku Zbyszek zamieścił zdanie z Psalmu 139 - „Sławię Cię Panie, żeś mnie tak cudownie stworzył”. Psalm ma charakter dziękczynny, a zarazem pochwalny.

Bóg wszystko przenika, towarzyszy człowiekowi w każdej chwili jego życia i wie, co dzieje się w ludzkiej duszy. Krajobraz duszy Zbyszka był bardzo bogaty, a zarazem pełen tajemnicy, którą znał jedynie Stwórca. Ostatecznie psalm jest pieśnią ufności. Bóg jest zawsze przy człowieku, nawet w najmroczniejszych nocach życia. Również w tę ostatnią noc, w ostatecznej samotności, w której nikt nie może nam towarzyszyć. Jezus na krzyżu wołając „Boże mój czemuś Mnie opuścił”, choć wykrzyczał całe swe cierpienie i osamotnienie, pozostał Bogu Ojcu wierny do końca.

Ostatnie chwile życia Zbyszka były przy krzyżu, który miał przy sobie. Wierzę, że został wysłuchany i objęty Jego miłością i miłosierdziem.

Ks. Andrzej Sawulski SCJ

-------------------------------------------------

Na zdjęciach m.in. Postulat we Florynce, rekolekcje przed ślubami wieczystymi w Pliszczynie, pierwsza profesja, wyprawa na Szczebel, śluby wieczyste w Stadnikach, święcenia diakonatu, na misjach, w podparyskiej parafii, w Medziugorie, odpust w Węglówce, na Wiktorówkach w Tatrach, spotkanie rocznikowe na Turbaczu,