Cykl „Głos Serca” tworzą teksty sercańskich misjonarzy krajowych, którzy dzielą się doświadczeniem i owocami swojej posługi. Tym razem zapraszamy do lektury świadectwa ks. Wiesława Pietrzaka SCJ, wyrastającego z wieloletniej posługi głoszenia misji i rekolekcji, ale też z duchowego i misyjnego dziedzictwa przekazanego mu przez nauczycieli i współbraci rekolekcjonistów. Świadectwo będzie publikowane kolejno w trzech częściach.
Codziennie mówimy w czasie adoracji: „obyśmy mogli przez gorliwość naszą apostolską wszystkie serca dla Ciebie pozyskać”. Słowa te są mottem całej mojej pracy misyjno-rekolekcyjnej w ramach grupy misjonarzy krajowych Polskiej Prowincji Księży Sercanów.
Piszę to świadectwo, aby wyrazić moją wdzięczność za dar tej pracy, tego „powołania w powołaniu”. Dziękuję po pierwsze za to, że od dziecka wychowywałem się w parafii NSPJ w Krakowie-Płaszowie, gdzie były początki naszej sercańskiej posługi w Polsce. Dziękuję, że w dniu mojej pierwszej spowiedzi świętej przed kościołem spotkałem pełnego radości i otwartości misjonarza, który właśnie szedł na przystanek autobusowy, by wyruszyć na kolejną pracę misyjną. Zapytał wtedy, czy i ja bym nie chciał w przyszłości, tak jak on…
Ten sam misjonarz już w seminarium głosząc nam klerykom dzień skupienia, mocno podkreślał, że jeśli chcemy być proboszczami, to nasze miejsce jest w seminarium diecezjalnym. Tutaj kształtujemy serce sercanina, rekolekcjonisty misjonarza.
Przytaczam ten przykład gorliwego misjonarza, aby pokazać jak jedno słowo, jak zachęta, jak przykład życia i postawa kapłana, sercanina i misjonarza może owocować w sercach innych. Tenże misjonarz uczestnicząc w moich święceniach diakonatu i ubierając mi dalmatykę przypomniał także wtedy, że posługą diakona jest także głoszenie. Tym kapłanem misjonarzem był Ks. Lucjan Mazur SCJ.
Moim marzeniem było choć jeden raz wygłosić rekolekcje razem z nim, ale niedługo po moich święceniach kapłańskich, on wyjechał do Niemiec i Austrii i tam posługiwał do końca swego życia.
Chęć i pragnienie głoszenia, dzielenia się z wiernymi tym, co sam przeżywam, była we mnie „od zawsze”. Jest to zarazem w mojej ocenie cudem, gdyż były poważne obiektywne obawy, czy zdam maturę ustną z racji poważnej wady wymowy, która mi towarzyszyła od dziecka, a która ustąpiła w ostatnim roku liceum. Osobiście uważam to za cud, który umożliwił mi realizację Bożych zamiarów względem mnie.
Po raz pierwszy stanąłem na ambonie w parafii koło Krzeszowic - byłem na 5. roku studiów seminaryjnych. Moje pierwsze publiczne świadectwo o powołaniu misyjnym sercanów wygłosiłem z okazji tygodnia misyjnego. Ponieważ było wtedy tylko 3 diakonów, a parafii zapraszających nas, kleryków z WSM, było wiele, chętnie podjąłem tę posługę. Wróciłem zachęcony do dalszego głoszenia, bo widziałem, że wierni są spragnieni żywego słowa.
Noszę w sercu wdzięczność za lata seminaryjne, kiedy ówczesny dyrektor grupy misyjnej, ks. Adam Brzeźniak SCJ, w porozumieniu z wychowawcami przyjeżdżał do seminarium i nam, klerykom, opowiadał o pracy misyjnej. Mówił o historii tej grupy i o działalności bieżącej. Zachęcał nas do zastanowienia się nad podjęciem posługi w tej grupie misyjnej. Uważam, że ten fakt miał duży wpływ nie tylko na moją decyzję, ale także na innych.
Dziękuję za to, że będąc na pierwszej parafii jako wikariusz, za pozwoleniem i zgodą mojego proboszcza, ks. Mariana Banasia SCJ, mogłem, już w drugim roku pracy, wyjechać w Wielkim Poście na rekolekcje i misje z wytrawnymi misjonarzami, którzy stali się dla mnie nie tylko nauczycielami, ale prawdziwymi współbraćmi, którzy z życzliwością dawali wskazania i radzili, jak się przygotować do pracy, na co zwrócić uwagę, aby przepowiadanie było bardziej owocne. Tymi pierwszymi współbraćmi, misjonarzami byli: ks. Czesław Bloch SCJ, ks. Stefan Stawczykowski SCJ, ks. Bernard Kuliński SCJ i ks. Henryk Kubik SCJ.
Sam korzystałem, słuchałem ich wystąpień, przyglądałem się, jak oni ogłaszają i przeprowadzają nabożeństwa misji i przyznam, że do dziś te ich uwagi kształtują moją posługę na ambonie.
Po dwóch latach pracy na parafii zamieszkałem w domu misyjnym w Tarnowie i od tego czasu przez wszystkie lata byłem zaangażowany w tę pracę. I, Bogu dzięki, trwa ona do dziś. Wtedy prawie cała grupa misyjna mieszkała w Tarnowie, kilku misjonarzy w Krakowie, w domu macierzystym i pojedyncze osoby w innych wspólnotach.
Przez te wszystkie lata Bóg pozwolił mi wyjeżdżać ze wszystkimi misjonarzami i starszymi, i młodszymi z wyjątkiem jednego - ks. Sidełki SCJ. Miałem przegląd osobowości, stylów głoszenia i kapłańskich postaw, które są równie ważne, jak treść głoszonych kazań. Sam, z biegiem lat, gdy do grupy przyjmowano nowych, młodych misjonarzy mogłem, bazując na przykładzie, jaki sam otrzymałem, dzielić się z tymi, którzy chcieli się uczyć i korzystać z tego bogactwa i z tego doświadczenia. (...)
ks. Wiesław Pietrzak SCJ