Smutna wiadomość dotarła z Węglówki. W wieku 76 lat zmarł ks. Józef Krajewski SCJ. Od kilku lat zmagał się z ciężką chorobą. Był życiowym optymistą.
Poznałem go w nowicjacie w Pliszczynie w 1981 r. Był już wikariuszem w parafii i ekonomem domu. Troszczył się razem z mistrzem nowicjatu ks. Józefem Gawłem o wszystko, co związane z codziennością, by nie brakowało niczego na stole i nowicjuszom, a duszpasterstwo bardzo lubił, zwłaszcza pracę z młodzieżą.
Sercanów poznał dzięki ks. Bernardowi Kulińskiemu, który w jego rodzinnej parafii św. Antoniego w Człopie (diecezja koszalińsko-kołobrzeska) prowadził rekolekcje. Miasto położone jest nad kilkoma jeziorami, a okolica to istne bogactwo lasów, flory i fauny. To stary słowiański gród, który od XII wieku należał do Polski, a przez jakiś czas był we władaniu krzyżaków. Licząca ponad 5 tys. mieszkańców miejscowość posiada 7 kościołów, a rodzice zajmowali jedno z mieszkań poniemieckiego budynku niedaleko centrum miasta.
„Tata Hieronim pochodził z białostockiego, mama Krystyna z łódzkiego. Już po ich śmierci brat pozyskał wolnostojący dom w dowód wdzięczności za okazywaną pomoc” – opowiadał na plebani w Węglówce, dodając ciekawą historię, mianowicie, że akt notarialny spisany był w szpitalu o godz. 20.00, a po godzinie 22.00 dobrodziejka zmarła.
W Człopie Józek ukończył szkołę podstawową, natomiast w Szczecinie istniejące do dziś Technikum Łączności. Po maturze 3 lata pracował, a nawet rozpoczął studia w Bydgoszczy - Wyższą Szkołę Inżynierską.
„Z tego, co wiem, naprawiał stacje telefoniczne i do tego stopnia miał wyostrzony słuch, że potrafił odczytać wybierany numer po długości i czasie trwania obrotu tarczy telefonu” – mówi ks. Wiesław Pietrzak SCJ.
Przerwał jednak pracę i dalszą edukację, bowiem poznał sercańskiego misjonarza i był pewien, że jego powołaniem jest bycie kapłanem i zakonnikiem. Napisał podanie, które zaniósł do prowincjała ks. Józefa Nawieśniaka, i w 1972 r. z kilkunastoma kolegami rozpoczął postulat i nowicjat w Pliszczynie pod okiem ks. Czesława Koniora SCJ. 27 września 1973 r. złożył swoją pierwszą profesję, a na drugi dzień przyjechał z innymi profesami do Stadnik i rozpoczął studia filozoficzno-teologiczne.
W seminarium Józkowi i rocznikowemu koledze Stanisławowi Mieszczakowi została powierzona opieka nad chorymi. Tworzyli zgrany duet, także co do napraw wszelkich urządzeń technicznych, nagłośnienia, różnego rodzaju odbiorników, a nawet ze starych robili nowe.
„Józek był konkretny, można było na nim polegać i był pozytywnie nastawiony do jakiegoś zadanie. Jak się czegoś podjął, to chciał to zrobić jak najlepiej i do końca” – opowiada ks. Mieszczak SCJ, dopowiadając, że razem organizowali wypady w góry i dni rektorskie, szczególnie do Węglówki.
W tym czasie przylgnął do niego pseudonim, który towarzyszył mu już wszędzie. Przy czym są dwie wersje w tej kwestii. Jedna wiąże się z opieką nad bratem Szewcem, który często powtarzał: „kapkę tu, kapkę tam ”, natomiast wersja druga kojarzy się ze znanym wówczas piłkarzem „Wisły” Kraków Zdzisławem Kapką. Józek był zapalonym piłkarzem, a jego styl gry przypominał kunszt ówczesnego reprezentanta Polski.
Święcenia kapłańskie przyjął 28 kwietnia 1979 r. w Stadnikach z rąk sufragana krakowskiego bpa Stanisława Smoleńskiego, a że dał się poznać w seminarium z dobrej organizacji różnych przedsięwzięć i smykałki do napraw trafił do Pliszczyna. Nie pobył jednak tu za długo, bowiem w 1981 r. otworzyła się dla sercanów możliwość budowy kościoła i domu zakonnego przy nowo powstałym osiedlu dolnośląskim w Bełchatowie. Do tego niełatwego zadania zaprosił polską prowincję księży sercanów ordynariusz łódzki bp Józef Rozwadowski, który wznoszenie świątyni początkowo powierzył ks. Zbigniewowi Kiljankowi, znanemu w całej Polsce ze swojej działalności leczniczej ziołami i radiestecie.
„Do Bełchatowa pojechało nas od razu trzech: ja, Jurek Choczaj i Stefan Zabdyr, który został proboszczem. W zasadzie był tylko plac, dwa baraki i szopa. Zamieszkaliśmy w zimnym baraku bez łazienki, który nazwano domem „Drzymały”, a Msze św. były odprawiane w drugim. Od rana do wieczora katechizowaliśmy, a jednocześnie trzeba było załatwiać wszystkie sprawy związane z budową kościoła. Na obiady chodziliśmy do sióstr służek od bł. o. Honorata Koźmińskiego. Nie było łatwo, ale mieliśmy ogromny zapał” - wspominał.
„Tworzył zgrany duet z księdzem Stefanem. Na własne oczy widziałem, w jakich warunkach zaczynali pracę. Mieszkali w baraku z drewna, a śnieg i zimno wciskały się do pomieszczeń przez szpary w drzwiach i oknach. Ceniłem ich, bo nie zrażali się, a Józek zawsze był optymistą” – opowiada ks. Pietrzak.
„Był w ciągłym ruchu, bowiem zajęć mu nie brakowało. Katechizował, pomagał proboszczowi w budowie, wydeptywał różne urzędy, by zdobyć materiały, a przy tym był jego kierowcą. Ponadto codzienne duszpasterstwo: chrzty, śluby, pogrzeby, kazania, a przy tym niełatwe warunki lokalowe. Wszystko wymagało męstwa i samozaparcia” – mówi służka s. Danuta Składnik z Kobyłki, która poznała go ponad 40 lat temu na zjeździe katechetycznym.
Natomiast zdaniem ks. Gawła SCJ, Józek miał w sobie wrodzony upór w dążeniu do celu i solidność w tym, co mu przełożeni powierzali.
„Potrafił załatwić to, co było w tamtych latach trudno osiągalne, choćby meble. Szedł odważnie, gdzie trzeba, rozmawiał, prosił i zjednywał sobie swą grzecznością życzliwość ludzi” – podkreśla.
Świątynia rosła razem z osiedlem, gdzie do nowych mieszkań wprowadzali się pracownicy powstającej Kopalni Węgla Brunatnego oraz Elektrowni „Bełchatów”. Równocześnie powstawał dom zakonny, do którego księża przenieśli się w 1984 r. Kilka lat później nowy kościół, mający kształt namiotu, był w stanie surowym. 1 czerwca 1998 r. abp Władysław Ziółek dokonał konsekracji świątyni.
W czasie pracy w Bełchatowie spotkała Józka przykra wiadomość. Tata, który był listonoszem w Człopie i znał miasto i ludzi, wyjechał pewnego dnia z domu na rowerze i zaginął.
„Było to przed Wszystkimi Świętymi. W okolicy było sporo gospodarstw rolnych, tak zwane PGR-y, które podchodziły pod lasy. Pojechał tam zbierać ziemniaki. Nie wracał, więc zaczęli go szukać, ale bez skutku, a po kilku latach uznano go za zaginionego. Nie ma nawet własnego grobu” - opowiadał, dopowiadając, że próbowali go szukać zarówno ks. Kiljanek, a także ks. Stanisław Rosiek.
Po wyczerpującej pracy w Bełchatowie zgodził się na probostwo w Mychowie, chociaż już mówiło się o przekazaniu tej parafii diecezji sandomierskiej.
W 1993 r. został proboszczem we Florynce k. Grybowa, a tutejsi parafianie zapamiętali go jako pracowitego i dobrego gospodarza, który troszczył się zarówno o Dom Boży, jak również o potrzeby duchowe mieszkańców.
„Był bezpośredni, nie tworzył barier i dystansu, miał poczucie humoru. Wszędzie wprowadzał atmosferę radości i optymizmu. Miał dobry kontakt z ludźmi. Dostrzegał pozytywne strony wszystkiego nawet wówczas, gdy piętrzyły się różne trudności” – podkreśla były prowincjał ks. Zbigniew Bogacz SCJ.
Z kolei ks. Lucjan Szczepaniak SCJ, który był jego pierwszym wikarym we Florynce zaznacza, że po śmierci proboszcza Lucjana Kurpasa, od razu zabrał się do różnych remontów, postawił scenę w ogrodzie służącą podczas różnych uroczystości, odnowił ołtarze boczne, a na cmentarzu wzniósł kaplicę, czym zaskarbił sobie wdzięczność parafian. Przyjmował on także peregrynującą po parafiach kopię Obrazu Jasnogórskiego.
Po zakończeniu w 2002 r. pracy we Florynce został tam jeszcze przez rok, by podreperować zdrowie, bo przeszedł zawał serca. Rok później zamieszkał w Domu Macierzystym, gdzie włączył się w pomaganie „biurowcom”, a kiedy w 2010 r. biuro dobroczyńców przeniesiono do Domu Wydawnictwa, on również tam zamieszkał do czerwca 2022 r. Tutaj też zapisał się w pamięci mieszkańców i dobroczyńców, których przyjmował, jako osoba pogodnego ducha, energiczny i sumienny w działaniu, uczynny, który widział raczej szklankę do połowy pełną niż do połowy pustą.
„Był dociekliwy i dokładny, co było widoczne w pracy w biurze. Wiele wątpliwych adresów dzięki jego nieustępliwości zostało skorygowanych” – mówi ks. Pietrzak.
Charakteryzujący go życiowy optymizm wnosił we wszystkie miejsca i wspólnoty, gdzie pracował, również do ostatniej placówki w Węglówce, do której został skierowany w 2022 r. Potwierdza to ks. Wojciech Adamus SCJ, ówczesny wikary, podkreślając, że wprowadzał we wspólnotę i parafię radosną atmosferę.
„Był człowiekiem silnego ducha, zdecydowanym, a jednocześnie taktownym. Interesował się problemami ludzi i cenił sobie braterstwo. A gdy już mocno chorował i zapytałem, czy go boli, rzekł: „Nie jest tak źle” – wspomina ks. Adamus, dodając, że był także dobrym kucharzem, przygotowując różne specjały.
Zaglądając od czasu do czasu do Węglówki mogłem dostrzec braterską troskę o jego zdrowie ze strony byłego proboszcza ks. Sławomira Kamińskiego SCJ. Służył mu na różny sposób zarówno w organizowaniu leczenia, jak również wożąc Józka do szpitali, przychodni i tam, gdzie była potrzeba.
„Był pogodzony z chorobą. Nie było widać w nim lęku, bo z natury był pogodny. Żartował nawet w szpitalu w Myślenicach, kiedy go odwiedziłem. Był osłabiony, a potrafił rozweselić personel oddziału” – mówi ks. Krzysztof Zimończyk SCJ.
Józek, gdziekolwiek był, akceptował ludzi i miejsca, które go otaczały, patrzył na świat z nadzieją i optymizmem, otwierając horyzonty nadziei dla innych. Lubił zwierzęta, cieszył się tym, co ma, interesował się losem potrzebujących. Kiedy dzwoniłem, zawsze pierwszy pytał: co tam u ciebie dobrego?
Jego życie i kapłaństwo było świadectwem skromności i empatii. Nie zabiegał o splendory i urzędy. Starał się widzieć zdarzenia i ludzi w dobrym świetle, wierzył w pomyślność podejmowanych przedsięwzięć podkreślając, że wszystko da się zrobić. A przy tym wszystkim był dociekliwy w zwyczajnych ludzkich prozaicznych sprawach i poszukujący odpowiedzi na nieraz trudne tematy filozoficzno-teologiczne. Nie zapomnę, gdy w nowicjacie, gdzieś podczas spotkania przed domem powiedział, że stara się drugi raz przeczytać całą Biblię, bo to wyjątkowa księga życia.
Dochował wierności łasce powołania, a przede wszystkim dochował wierności łasce wiary w ciężkiej chorobie, jaka go dotknęła w ostatnim czasie. Nie uskarżał się, dziękował za wszystko: za odwiedziny, telefony, a szczególnie był wdzięczny za opiekę, jaką znalazł na plebanii w Węglówce.
Odszedł w swym niewielkim pokoiku z obrazem Serca Jezusa nad swoim łóżkiem i piękną figurą św. Józefa, patrona dobrej śmierci. Odszedł w Godzinie Miłosierdzia podczas modlitwy przy nim swych współbraci i opiekunów. Odszedł cicho, jakby nie chciał swym odejściem nas zasmucić.
Ks. Andrzej Sawulski SCJ
Zdj. Archiwum własne, nowicjat, Jan Wiącek