Nigdy nie mów „nigdy”, czyli rzecz o misjach w Kamerunie - z ks. Zdzisławem Pławeckim SCJ rozmawia Dorota Mazur OV.

Dorota Mazur OV: Misje.... Marzył Ksiądz o wyjeździe związanym z ewangelizacyjnym „podbojem” świata?

Ks. Zdzisław Pławecki SCJ: Wyjazd na misje nie był dla mnie oczywisty. Przez całą formację semianryjną i nawet w dniu święceń zarzekałem się, że na pewno nie wyjadę nigdzie poza Polskę, tym bardziej do Afryki. Ale na trzecim roku mojego kapłaństwa miałem za ojca duchowego franciszkanina – wtedy byłem w Gołębiu koło Puław wikarym (teraz nie mamy tam placówki) i jeździłem do owego zakonnika do Kazimierza Dolnego. On w czasie rozmów duchowych zachęcał mnie do podjęcia się zadania, gdyby zdarzyła się okazja wyjechania na misje. Wiedział, że choć nie planowałem wyjazdu podczas formacji, to w tymże czasie pisałem listy do jednego misjonarza. Pisząc do niego i opisując mu swoje duchowe rozważania związane z wyobrażeniem o posłudze kapłańskiej, chciałem wprost otrzymać odpowiedź, czy to co czuję na pewno jest Bożą decyzją, że mam nie jechać na misje. Ale ów misjonarz nigdy nie odpisał, a gdy go spotkałem na mojej pierwszej parafii w Bełchatowie, to zaśmiał się, że on nikomu nie odpisuje – nawet mamie.

Dorota Mazur OV: Co się więc stało, że zdecydował się Ksiądz napisać pismo z prośbą o wyjazd na misje?

Ks. Zdzisław Pławecki SCJ: Chciałem całkowicie oddać swoje kapłaństwo Bogu – być całkowicie wolnym dla Niego. W Polsce można „uwić sobie gniazdko”, znaleźć miejsce, w którym się dobrze duszpasterzuje i działa, ale mi nie chodziło o wygodę. Chciałem oddać się czemuś „trudniejszemu”.

I tak po jednym ze spotkań młodych księży, podczas którego ówczesny ks. prowincjał Zbigniew Bogacz zachęcał nas do napisania pisma o wyjazd w sytuacji pragnienia serca, złożyłem swoje podanie z prośbą o wysłanie do Indii albo Kamerunu. Po 1,5 miesiąca otrzymałem decyzję – Kamerun. Byłem tam 8 lat, w okresie od 2003 do 2012 (po dwóch pierwszych latach pobytu w Kamerunie pojechałem na roczny kurs do Rzymu dla formatorów, a po nim wróciłem do Kamerunu).

DM: Jaki element tamtejszej wiary i kultury urzekł Księdza najbardziej?

ZP: Ekspresywność wiary. Podczas Eucharystii cały kościół, w sensie budynku, „chodzi” - wszyscy ludzie tańczą i śpiewają, bo przychodzą chwalić Pana, a nie „odbębnić” godzinę. Jak są pieśni to wszyscy się ruszają – to daje poczucie, że oni wiedzą po co przychodzą. Widać entuzjazm tych ludzi. Czymś, co też pozytywnie zaskakiwało, był fakt, że w niedzielę ludzie ci przychodzili na mszę odświętnie ubrani i w strojach pięknie wyprasowanych, mimo że na co dzień nie mieli dostępu do prądu (mimo niedalekiej odległości od stolicy). Na co dzień oni chodzili w brudnych łachach do pracy. Mieli przede wszystkim szacunek, ale też chcieli się pokazać.

DM: Czy dalekie odległości musiał Ksiądz pokonywać, aby spotkać się z wiernymi?

ZP: Nasza parafia – ta, w której byłem przez moje pierwsze dwa lata, zaraz po przyjedzie do tego kraju - znajdowała się kilkanaście kilometrów od stolicy, więc nie był to jakiś busz bardzo głęboki. W miejscu, w którym posługiwałem znajdował się kościół oraz pięć kaplic – cztery z nich położone około pół godziny do 40 minut jazdy samochodem od kościoła, a ostatnia nieco dalej – 1,5 godziny jazdy. Potem dane mi było pracować też w formacji - w domu, gdzie miał miejsce rok propedeutyczny przed postulatem, znajdującym się już w miejskiej parafii Bafoussam, a następnie pełniłem posługę proboszcza w Ndiembou, wiejskiej parafii przylegającej do Bafoussam.

DM: Na czym polegała Księdza codzienność?

ZP: We wspomnianych okresach misji jako wikary, a następnie proboszcz, pełniłem takie codzienne posługi: Msza św., spowiedź, spotkania grup, katecheza dla dzieci i nawet udało mi się we współpracy z siostrami pallotynkami zorganizować tak zwaną adopcję dzieci, która polegała na znajdowaniu poszczególnym dzieciom osób sponsorujących im naukę (na rok szkolny lub na cały okres edukacji jedna osoba czy rodzina wnosiła opłaty). W Kamerunie bowiem szkoły katolickie są płatne, w przeciwieństwie do państwowych. Ale ludzie woleli wysyłać swoje dzieci do szkół katolickich, mimo opłat, ponieważ mieli przeświadczenie, że jest tam wyższy poziom i lepsza atmosfera.

DM: Mówiąc o atmosferze, chciałam zapytać o wspólnotę. Miał Ksiądz chyba do czynienia z międzynarodową ekipą współbraci?

ZP: Tak. Kiedy zajechałem do Kamerunu, to na tym terytorium posługiwało 6 Polaków, ale oni z czasem się wykruszali, bo zaczęły być powołania tubylcze i z czasem „tamtejsi” już „przejęli” ewangelizację. Obecnie w Kamerunie, w placówkach, w których posługiwali sercanie, nie ma żadnego Polaka ani nikogo „z zewnątrz”. 

DM: Dziękuję za rozmowę i życzę dużo sił do dalszej posługi misyjnej – już na innym kontynencie, ale o tym w kolejnej odsłonie naszych misyjnych opowieści...