10 lipca odszedł do wieczności ks. Czesław Bloch SCJ. Jego zakonna i kapłańska droga skupiona była wokół głoszenia misji i rekolekcji oraz troski o powołania.  

Chorchosy, gdzie się urodził 6 lutego 1944 r., to wieś położona na skraju pięknej Puszczy Białej, która rozciąga się na wschód od Warszawy w widłach rzek Bug i Narew na terenie Kurpi. Tutaj w pobliżu wielkich kompleksów borów sosnowych upływało jego dzieciństwo, związane często z pracą na prowadzonej przez rodziców sporej gospodarce. Zarówno rodzice (Anna i Stanisław), jak również większość mieszkańców okolicznych wsi byli potomkami osadników przybyłych z różnych stron, którzy zajmowali się głównie rolnictwem na polach i osadach położonych pośród lasów.

„Mieliśmy około piętnaście hektarów ziemi i własny las. W dzieciństwie niczego nie brakowało na stole, bo uprawiało się wszystko, a owoce i jagody były na wyciągnięcie ręki. Rodzice mieli też pasiekę” – opowiada siostra ks. Blocha, Barbara, dodając, że pierwszy dom był drewniany, a obecny murowany postawili tuż przed prymicjami.

Rodzice pobrali się w czasie okupacji w 1942 r., a Czesław był ich pierwszym dzieckiem. Potem przyszło na świat jeszcze siedmiu braci i siostra. Troje rodzeństwa zmarło w wieku dziecięcym.

Licząca wówczas ponad 120 mieszkańców wieś nie posiadała ani szkoły, ani kościoła. Wszyscy podstawówkę kończyli w sąsiednim Długosiodle. W tamtejszym też kościele pw. Wniebowzięcia NMP i św. Rocha został Czesław ochrzczony i krótko był ministrantem. Krótko, bowiem po ukończeniu siódmej klasy zdecydował, że chce być nie tylko księdzem, ale koniecznie zakonnikiem.

„Sercanów poznał przez moją chrzestną, która miała kontakt ze Zgromadzeniem przez zamawiane intencje. To od niej usłyszał, że w Krakowie jest takie Zgromadzenie, które daje możliwość dalszego kształcenia w niższym seminarium i zrobienia matury. Do Płaszowa pojechali z nim tata i owa chrzestna” – wspomina siostra.

Duży wpływ na życiowy wybór – jak sam wspominał – miały prymicje pallotyna w Długosiodle, w których uczestniczył w nietypowy sposób, schowany gdzieś za soborowym ołtarzem, by z bliska wszystko zobaczyć. Był to moment jego żarliwej modlitwy o to, by kiedyś stanąć przy tym samym ołtarzu.

O tym, że jego decyzja pójścia drogą powołania była stanowcza podkreśla fakt, że kiedy ówczesne władze utrudniały działalność niższego seminarium i poszczególnych domów w Stadnikach i Krakowie-Płaszowie, on postanowił – mimo dotkliwych szykan - zostać w grupie małoseminarzystów, którzy pragną wstąpić do postulatu i nowicjatu.

„Byliśmy razem przez rok w małym seminarium i zapamiętałem go jako chłopca o silnej osobowości, zdecydowanego w swych wyborach, który ciągle chciał się rozwijać” – podkreśla ks. Józef Gaweł.

Od 1960 roku poznawał duchowość sercanów w domu nowicjatu w Pliszczynie pod okiem mistrza – ks. Jana Bema. 17 grudnia 1961 r. złożył pierwsze śluby zakonne przed socjuszem, ks. Antonim Czają, delegatem prowincjała Stanisława Sidełki. A potem razem z kolegami Zdzisławem Koziołem, Zenonem Rokitą, Władysławem Ziębą i Aleksandrem Wyszyńskim pojechali pociągiem do Tarnowa, gdzie ukończyli liceum zwieńczone maturą.

Kolejne lata spędzili razem znów w Stadnikach, gdzie w 1964 r. doszło do połączenia filozofii i teologii. Tutaj też złożyli 15 grudnia 1969 r. śluby wieczyste, a potem zostali diakonami. Święcenia prezbiteratu przyjęli w bazylice franciszkanów w Krakowie 25 czerwca 1970 r. z rąk bpa Juliana Groblickiego.

Po święceniach został skierowany na dalsze studia na KUL, ale w grudniu 1970 r. pojechał do Rzymu, gdzie studiował przez 4 lata teologię dogmatyczną. W 1973 r. w czasie ferii zimowych odwiedził seminarium. Właśnie w tym czasie odbywało się spotkanie uczniów szkół średnich organizowane przez ks. Joachima Wakana.

„Opowiadał nam z wielkim entuzjazmem o Rzymie, co było dla nas, młodych ludzi żyjących w komunistycznej Polsce, czymś bardzo ciekawym. Słuchaliśmy z zapartym tchem, także podczas wycieczki na stadnicki „Olimp”. Miał dar łatwego przekazu i docierania do serc słuchaczy” – wspomina ks. Wiesław Pietrzak, który potem jako kleryk często przyjeżdżał na organizowane przez ks. Blocha spotkania w Domu Macierzystym w Płaszowie.

Tutaj, w kolebce polskiej prowincji, a zwłaszcza w Jasienicy, gdzie ks. Czesław zamieszkał w 1986 r., zajmował się powierzoną mu pracą z młodymi ludźmi, którzy często nazywali go ojcem Czesławem.

„Poznałem go w sierpniu 1982 roku na Jasnej Górze. Przez kolejne pięć lat uczestniczyłem w spotkaniach organizowanych przez niego i utrzymywałem regularną korespondencję. Wówczas jawił mi się jako człowiek wiary, oddany Bogu i ludziom. W czasie stanu wojennego i schyłku PRL dawał odważne świadectwo patriotyzmu. Ojciec Czesław uczył życia chrześcijańskiego w działaniu i wykonywaniu codziennych obowiązków z miłości do Bożego Serca” – opowiada ks. Lucjan Szczepaniak, dodając, że dla wielu był również duchowym przewodnikiem i ojcem.

Podobne świadectwo pochodzi od ks. Dariusza Lewczaka, który przygotowywał się do matury mieszkając przez dwa lata w Jasienicy. „Faktycznie był prawdziwym ojcem. W doświadczeniu mojego życia ‒ zastąpił mi ojca, którego nie miałem. Dla wielu jego znajomych także był ojcem duchowym, który każdego przyjmował z otwartym sercem i uśmiechem, chociaż potrafił być też wymagający i stanowczy, o czym świadczy pseudonim nadany mu przez pielgrzymów radomskiej grupy pielgrzymkowej numer 6: „Jastrząb” ‒ kiedy przy różnych sytuacjach dostrzegał i ‒ delikatnie mówiąc ‒ upominał tych, którzy postępowali nie tak, jak być powinno”.

Zajmując się towarzyszeniem młodym ludziom w odkrywaniu ich życiowej drogi miał w swej historii niewielki epizod „proboszczowski”. W 1984 r. powierzono mu organizację przyszłej budowy kościoła w dużej dzielnicy Lublina-Czechowie. W kwietniu 1985 r. postawiono krzyż na placu przy ul. Lipińskiego, przy którym się modlili i czuwali ludzie nawet w nocy, bo pragnęli, aby w tym miejscu powstała świątynia. Wielu z nich, w tym ks. Bloch, było z tego powodu szykanowanych i przesłuchiwanych. Ostatecznie kościół powstał, ale w innym miejscu, a ks. Bloch w 1986 r. przeniósł się na dłużej do niewielkiego domu z ogrodem w Jasienicy k. Bielska Białej.

Jeszcze przed Lublinem i zamieszkaniem w Jasienicy dołączył do grupy misjonarzy i rekolekcjonistów krajowych. Głoszenie misji intronizacyjnych Serca Jezusowego i rekolekcji w parafiach w całej Polsce, ale także w Czechach, było jego wyjątkową pasją. Jak mówią ci, którzy z nim wyjeżdżali na rekolekcyjne szlaki, zawsze wkładał w tę pracę dużo serca i modlitwy.

„Na moją pierwszą pracę misyjną wyjechałem właśnie z nim. Był to rok 1983. Wielki Post, Wejherowo, renowacja misji. Jako współbrat i doświadczony już misjonarz bardzo wiele mi wyjaśniał, tłumaczył, podpowiadał. Do dziś w sercu jestem mu za to wdzięczny, że po bratersku wprowadził mnie w tę rekolekcyjno-misyjną posługę” – mówi ks. Pietrzak, dopowiadając, że w każdym parafii widział jego pełne taktu i kultury podejście do księży.

O tym, że jako wieloletni misjonarz krajowy dał się poznać jako zakonnik i kapłan o niezwykłej energii i pracowitości oraz odpowiedzialności za powierzone mu prace i ludzi, opowiada z kolei ks. Zdzisław Płuska, dyrektor sercańskiej grupy misjonarzy krajowych.

„Z podziwem obserwowałem jego sposób docierania do ludzi, umiejętność budowania przekazu, prostotę języka oraz odwagę poszukiwania nowych form ewangelizacji. Tworzone przez niego nabożeństwa i celebracje nie były jedynie starannie przygotowanymi wydarzeniami, ale prowadziły ludzi do głębokiego spotkania z Chrystusem i pozostawały na długo w ich pamięci” - podkreśla ks. Płuska. Wspomina też, że dużo nauczył się od niego rzemiosła rekolekcyjnego, a szczególnie jest mu wdzięczny za przykład prowadzenia rekolekcji tematycznych.

„Nigdy nie zadowalał się schematami, nie pozwalał sobie na rutynę i nieustannie poszukiwał nowych sposobów głoszenia Chrystusa. To doświadczenie wyniesione ze spotkań z tym niezwykłym misjonarzem pozostanie dla mnie jednym z najcenniejszych darów otrzymanych na drodze kapłańskiej i misyjnej” – zauważa, dodając, że sprawom głoszenia misji i rekolekcji był oddany całym sercem.

Kolejną pasją jego życia była piesza pielgrzymka z Radomia na Jasną Górę. Do Częstochowy zaczął wędrować najpierw z pielgrzymami z Warszawy wśród których byli „Radomiaki”, m.in. zmarły niedawno Jan Sadłowski. Radomska grupa to ich wspólne dzieło trwające ponad 45 lat,  które obecnie jest rozpoznawalne jako sercańska „Grupa 6”.

„Chodziłem na pielgrzymki z wujkiem na przełomie podstawówki i szkoły średniej. Pielgrzymkę traktował także jako narzędzie powołaniowe, podobnie jak głoszenie rekolekcji. Tam poznawał młodych ludzi, którzy często pierwszy raz słyszeli o sercanach i potem zapraszał na dni skupienia. Była to też okazja, by podczas wędrowania coś więcej opowiedzieć o charyzmacie Zgromadzenia i jego Założycielu” – wspomina jego siostrzeniec, ks. Piotr Chmielecki, dodając, że na pielgrzymkach dojrzewało także jego powołanie.

Ks. Bloch prowadził pielgrzymów z Radomia przed obraz Czarnej Madonny przez 25 lat. Kiedy przekazał grupę innym sercanom zawsze znalazł czas na odwiedziny pątników, którzy widzieli w nim ojca i przewodnika po drogach wiary.

Przewodnikiem duchowym był dla wielu młodych ludzi. Siostra Barbara wspomina, że miał marzenie, aby być tym, przez którego inni odkryją powołanie do kapłaństwa czy życia zakonnego. W prowincji do dziś wielu przyznaje się: „jestem od Blocha”. Inni wybrali seminarium diecezjalne, a pozostali zawarli małżeństwo, które nieraz sam błogosławił. Zawsze utrzymywał z nimi kontakty, a dom w Jasienicy był otwarty dla wszystkich, którzy przekroczyli kiedyś jego progi. Modlił się z nimi w kaplicy, pracował w ogrodzie, co bardzo lubił, zwłaszcza hodowle ciekawych kwiatów. Był niezłym kucharzem, robił przetwory, wymyślał własne przepisy. Interesował się także sztuką, odwiedzał wystawy i muzea.

„Wujek dużo czytał. Był na bieżąco tego, co działo się w Kościele i w świecie, a często wiedzę czerpał słuchając włoskich dzienników. Gdy coś działo się niepokojącego w kraju, wyrażał to w swych kazaniach, co nie podobało się władzy ludowej. Nie była mu także obojętna obecna sytuacja w Ojczyźnie. Był zasadniczy w swych poglądach, a w naukach niejednokrotnie odwoływał się do encyklik, które wnikliwie czytał” – mówi ks. Chmielecki, który w rodzinie jest jedynym, którego wujek ochrzcił.

Jedną z ostatnich prac rekolekcyjnych ks. Czesław prowadził w lutym tego roku w parafii Matki Bożej Częstochowskiej w tak bliskiej mu Częstochowie. Były to rekolekcje  z okazji peregrynacji obrazu Serca Jezusa oraz relikwii św. Józefa Pelczara i bł. Matki Klary Szczęsnej. Podczas nauk zachęcał słuchaczy do powrotu do nabożeństwa do Bożego Serca, szczególnie pierwszych piątków miesiąca, podkreślając ideę wynagrodzenia. Wskazywał, że owocem kultu Serca Jezusa winna być przemiana ludzkiego serca i życie Bożą miłością. „Miłość Jezusa chodzi za nami jak cień, a my mamy pamiętać o tym, że jesteśmy kochani przez Boga, który ukochał nas w Jezusie” – powiedział.

Tę prawdę o miłości Serca Jezusa przekazywał podczas w ponad tysiącu wygłoszonych misji i rekolekcji, na pielgrzymich szlakach do Jasnogórskiej Pani, w czasie spotkań z młodymi ludźmi w Jasienicy i w innych miejscach, w rozmowach z duchownymi i z każdym, kto szukał u niego rady. Tą prawdą sam żył.   

Ks. Andrzej Sawulski SCJ